Kochani, wydarzenie wyprawy „Bokser z plecakiem” po Beskidzie Niskim dobiegło końca. Miło Nam, że byliście z Nami przez ten cały czas obserwując poczynania Naszej bohaterki Luny.
Poniżej zamieszczamy osobiste relacje spisane przez Bogusie towarzyszkę Luny, które razem pokonywały dzikie tereny Beskidu Niskiego tworząc w tym czasie niesamowity zespół 6-nóżek i dwóch serc przemierzających w tym samym kierunku:

„Nadszedł czas podsumowań i refleksji nad moim i Lunki wyjazdem. Kocham góry i psy. Ze względu na różne perturbacje życiowe nieco oddaliłam się od gór. Poza tym psy rasy bokser, są uważane za mało turystyczne.Wyruszając w drogę z moim ” mało turystycznym” psem chciałam po pierwsze pokazać, że z każdym psem można miło spędzić wakacje i nie trzeba go porzucać w tym okresie, propagować ideę adopcji psów ( Lunka jest psem z adopcji), a tym samym nasze Stowarzyszenie Boksery Niczyje. Podzieliłam się pomysłem wyjazdu z Aleksandra Waliczek i Ireneusz Waliczek i wtedy się dopiero zaczęło. To ich pomysł, aby inni mogli śledzić nasz przemarsz. Do wydarzenia dołączyła się Opolska Grupa Poszukiwawczo-Ratownicza OGPR – dając całodobową opiekę przez cały okres trwania wydarzenia – Bardzo im dziękuje. Lunka dostała śliczne szelki Julius K9 z firmy Wolfika – autoryzowany dystrybutor sprzętu dla psów Julius K9, które w pewnym momencie wyjazdu okazały się niezastąpione. Kłaniam się nisko i dziękuję za dar. Państwo Klimek z gabinetu weterynaryjnego Klimvet oferowali specjalistyczną karmę.
Bardzo dziękuję Paweł Skrzypiec który był ze mną w nieustannym kontakcie, praktyczne cały czas dostępny i pomocny. Dziękuję wszystkim, którzy ze mną tą drogę przebyli.

Kilka uwag praktycznych dla tych którzy by chcieli ze swoim psem wyjechać. Podstawa karma. W Beskidzie Niskim nie można kupić psiej karmy. Trzeba ją nieść na plecach, co stanowi znaczącą wagę. Praktycznie byłoby na wyjazd kupić karmę wysoko energetyczną, wówczas pies zjada jej mniej. I to w zasadzie jedyne ograniczenie jeśli chodzi o psa. Oczywiście polecam dobre szelki z uchwytem, bo nigdy nie wiadomo co się wydarzy. W Beskidzie Niskim wody jest pod dostatkiem i nie trzeba jej dodatkowo nosić dla psa. We wszystkich miejscach w których nocowałam tj : kwatery prywatne, bazy studenckie, schronisko PTTK pies był mile widzianym gościem.

 

Zobacz

Zobacz film z wyprawy

Zobacz

Teraz nastąpi krótki opis przejścia ( jeśli kto ciekawy niech czyta), bo wydarzyły się na nim rzeczy niezwykłe i spotkania niezwykłe. Beskid Niski jest miejscem magicznym. Pełnym kolorów, zapachów, dźwięków i wilczych śladów których tropem często szliśmy. Turystów mało.

W drugim dniu przejścia doszło do pierwszego niezwykłego spotkania Szliśmy w deszczu już prawie 6 godzin gdy na szlaku spotkaliśmy dwóch młodych turystów. Zapytali nas od razu gdzie idziemy i czy tam mamy nocleg. Powiedziałam że idziemy do Hańczowej stwierdzili, abyśmy nocowali w Ropkach w domu Siejka. Hańczowej noclegi są daleko od szlaku ( mój plecak ważył 20 kg i była to ważna informacja). Gospodyni była niezwykle miłą osobą. Zaproponowała nocleg na stryszku do którego wchodziło się po stromej drabinie.To nieocenione okazały się szelki Julius K9 gdyż pozwoliły dosłownie na wniesienie Luśki na strych. Czyż nie jest to niezwykły zbieg okoliczności?. Do kolejnego spotkania niezwykłego doszło na górze Rotunda. Znajduje się tam stary cmentarz. Natomiast szlak jest tam trudny do odszukania. W pewnym momencie zjawiły się tam trzy osoby. Byli to Czesi i w zasadzie oni pokazali mi dalszy przebieg szlaku. Musze tu nadmienić iż do Rotundy (3 dzień wędrówki spotkałam tylko 2 turystów – 2 wspomnianych Polaków i jednego Niemca, który zrobił mi zdjęcia na Kozim Żebrze). Do kolejnego znaczącego spotkania doszło następnego dnia. Szłyśmy do Bartnego. Długa ponad ośmiogodzinna trasa. Ciepło, Lunka była zmęczona. Postanowiłam więc skrócić przejście i nocować w gospodarstwie agroturystycznym w Wołowcu. Podeszłyśmy do domu. Wszystkie drzwi otwarte, a w domu nie ma nikogo. Czekałyśmy ponad godzinę i nikt się nie zjawił. Więc co robić, ruszyłyśmy do Bartnego. A tam na zastępstwie „bacowała” cudowna Kobieta pani Jadwiga Nowak. Przewodnik beskidzki, erudytka, fanka psów. Zostałyśmy przyjęte po królewsku – zwłaszcza Luśka. Pani Jadwiga chętnie poprowadzi chętnych po czarownych beskidzkich uroczyskach.
Niestety końcówka tylko nie specjalna – Lunka rozcięła łapkę. Opatrzył ja weterynarz z Jasła – też spotkany przypadkowo.Tak mu chcę podziękować. Niestety gdzieś zapodziałam jego wizytówkę.
Na tym kończymy opowieść. Pewnie zdarzy się jeszcze niejedna przygoda.” / Bogna Luna